Na długo przed tym, zanim usiadłam na macie, moje ciało było zawsze o krok za moją głową. Myśli pędziły, rozgałęziały się, zahaczały o wszystko naraz. W środku było szybko i intensywnie – tak, jakby ktoś włączył wszystkie kanały jednocześnie i zapomniał pilota.
Nie umiałam wysiedzieć. Nie umiałam zwolnić.
I może właśnie dlatego trafiłam na jogę – nie jako gotowa na ciszę, tylko jako ktoś, kto najbardziej jej nie potrafił.
Joga?
Na początku była dla mnie nie do wysiedzenia.
Pamiętam pierwsze próby. Leżenie w ciszy, skupienie na oddechu, pozostanie w jednej pozycji dłużej niż chwilę. Mój układ nerwowy reagował jak na zagrożenie. W środku wszystko krzyczało: rusz się, zmień, wyjdź, zrób cokolwiek. Bezruch obnażał napięcie, którego wcześniej nawet nie nazywałam napięciem, bo było moją codziennością. Adhd to nie tylko rozproszenie. To stan ciągłej gotowości. Napięty kark. Zaciśnięta szczęka. Myśli wyprzedzające rzeczywistość o kilka kroków. I ten dziwny paradoks – ogromna energia, a chwilę później zjazd tak głęboki, że trudno podnieść się z kanapy. Dlatego joga wydawała się pomyłką.
Moment przełomu przyszedł wcześniej, podczas kursu medytacyjnego w nurcie Vipassana. Tam po raz pierwszy doświadczyłam czegoś bardzo prostego i bardzo niewygodnego: umysł można trenować. Siedzenie w ciszy godzinami nie było mistyczne. Było konfrontujące. Z bólem nóg. Z niepokojem. Z myślami, które domagały się uwagi. I wtedy zobaczyłam, że myśl nie jest rozkazem. Impuls nie musi być wykonany. Dyskomfort nie jest zagrożeniem. Kiedy później wróciłam do jogi, wiedziałam już, że problemem nie jest sama pozycja. Problemem jest reakcja na napięcie, które ta pozycja odsłania. Zamiast zaczynać od ciszy, zaczęłam od ruchu.
Kundalini nie każe od razu siedzieć w absolutnej ciszy.
Jest intensywna. Rytmiczna. Opiera się na oddechu, powtarzalnych sekwencjach, mantrze. Daje zajęcie ciału i umysłowi jednocześnie. A mój mózg potrzebuje być zajęty, żeby przestał sabotować ciszę. W tej praktyce jest coś paradoksalnego – powtarzalność. Te same ruchy, ten sam rytm oddechu, czasem ta sama fraza powtarzana przez kilka minut. Dla kogoś z zewnątrz to może wyglądać monotonnie. Dla mnie to jest kotwica. Kiedy robi się trudno, kiedy ramiona drżą, a głowa podpowiada: „przestań”, wraca do mnie doświadczenie z Vipassana.
Wiem już, że umysł można trenować.
Że impuls nie jest poleceniem. Że dyskomfort nie oznacza zagrożenia. W kundalini czuję to wyraźnie. Intensywność spotyka intensywność. To nie jest wyciszanie przez ucieczkę od energii. To jest wchodzenie w nią świadomie, aż zaczyna się regulować. Adhd sprawia, że wszystko przeżywam mocniej. Stres szybciej mnie podnosi, ale też szybciej wchodzę w flow.
Mam skłonność do skrajności – pełne zaangażowanie albo całkowity brak mocy. Kundalini działa jak zawór bezpieczeństwa. Rozładowuje nadmiar, a jednocześnie buduje koncentrację przez rytm i oddech. Nie medytuję dlatego, że jestem spokojna. Medytuję, bo spokojna nie jestem. Nie ćwiczę dlatego, że potrafię wysiedzieć. Ćwiczę, bo kiedyś nie potrafiłam. Nadal myślę szybko. Nadal czuję mocno. Ale mam dziś narzędzie, które pozwala mi wracać do siebie szybciej niż kiedyś. I może właśnie o to chodzi.
Nie o to, żeby zmienić temperament. Tylko o to, żeby przestać być zakładniczką własnej energii.
Do dziś są chwile, kiedy jest trudno. Kiedy ciało chce wyjść z pozycji, a głowa podsuwa racjonalne argumenty, dlaczego to nie ma sensu. Wtedy wracam pamięcią do tamtego doświadczenia z ciszy i powtarzam sobie jedno zdanie: umysł można podporządkować. Nie siłą. Uwagą. To zdanie robi różnicę. Joga nie zabrała mi adhd. Ale zmieniło się coś ważniejszego – szybciej wracam do równowagi. Szybciej zauważam moment przeciążenia. Między bodźcem a reakcją pojawiła się przestrzeń. Niewielka. Czasem ledwie wyczuwalna. Ale wystarczająca, żeby wybrać. Dziś wiem, że problemem nie była moja intensywność. Problemem był brak regulacji.
Joga okazała się nie praktyką elastyczności ciała, ale praktyką sprawczości.
Każde zostanie w pozycji sekundę dłużej niż podpowiada impuls to małe zwycięstwo nad automatyzmem. Nie chodzi o to, żeby stać się spokojną. Chodzi o to, żeby nie być zakładniczką własnego napięcia. I tego właśnie nauczyła mnie mata.
Jeśli ta podróż czegoś mnie uczy, to właśnie tego: jak prowadzić ludzi przez dyskomfort bez zawstydzania ich za to, że jest im trudno.
Jak pokazać, że wysiedzenie to nie kwestia charakteru, tylko treningu. Jak uczyć regulacji, a nie kontroli. Bo „wysiedzieć” nie znaczy zamarznąć. Znaczy zostać ze sobą wystarczająco długo, żeby napięcie przestało rządzić. I jeśli moje doświadczenie ma mieć sens, to właśnie w tym – żeby ktoś, kto dziś wierci się na macie i myśli „to nie dla mnie”, usłyszał: to nie jest kwestia bycia niezdolnym.
To jest kwestia drogi. A droga czasem prowadzi bardzo daleko, zanim zaprowadzi do środka.
Dziś pisząc w tle leci mix: Songs to the beloved Yonder